Dlaczego łatwiej jest myśleć o innych?


Czy uważasz, że egoizm jest zły? Z punktu widzenia dobra społecznego, na pewno. Z punktu widzenia chrześcijańskiego, też. A z Twojego osobistego punktu widzenia? Gdy rozejrzysz się wokół dostrzeżesz wielu ludzi, którzy myślą o sobie na pierwszym miejscu i są szczęśliwi. Ich rodziny też. Więc co to jest egoizm?

Istnieje bardzo delikatna, choć ważna granica pomiędzy egoizmem a myśleniem o sobie. Właściwie cała różnica polega na tym, co się dzieje w głowie.

Gdy myślę o sobie, dbam o siebie. Cieszę się tym, co robię, że żyję. Dbam o swój wygląd, dobre samopoczucie, psychiczne i fizyczne, swoje otoczenie, o to, żeby było ciekawie. Umawiam się z ludźmi, z którymi miło przebywać, znajduję czas na robienie tego, o czym zawsze marzyłam i co lubię robić.  Gdy tylko nastawię się na to, żeby myśleć o sobie, robi mi się raźniej na duszy. A gdy jest mi źle, proszę o pomoc i na ogół znajdzie się ktoś chętny.

Mam też wspomnienia z czasów, gdy o sobie nie myślałam. W pracy skupiałam się wyłącznie o zadaniach do wykonania i odpowiadałam na nieustannie spływające maile – jednego nie dokończyłam, pojawiał się następny. W domu – o praniu, obiedzie, zakupach, naczyniach, prasowaniu, mężu i dziecku. O problemach do rozwiązania, o liście spraw do załatwienia. Ciągle coś robiłam. Na nic nie miałam czasu. Nie planowałam. Do tego ze wszystkim zawsze byłam spóźniona, bo nie zdążałam. Z pracy wychodziłam za późno, więc w domu czekały na mnie pretensje. Dziecko odbierałam za późno z przedszkola – rosło we mnie poczucie winy. Nie dzwoniłam do rodziców, rodziny, znajomych – też rosło poczucie winy. Plan prac domowych nigdy nie był wykonany w całości – miałam wyrzuty sumienia. Kładłam się spać późno i bardzo zmęczona, dla siebie nie miałam właściwie ani chwili. Czułam że dźwigam garb na plecach i że się z niego chyba nigdy nie uwolnię. Ale nie narzekałam. Sporo satysfakcji dawało mi to, że jestem potrzebna. Po drugie, miałam usprawiedliwione powody, żeby narzekać i być skwaszona. Dzięki temu nie musiałam się zastanawiać nad tym, że jestem jakaś taka nieszczęśliwa. Ba, nawet nie miałam na to czasu! Na dodatek, a to wydaje mi się najlepsze ze wszystkiego, miałam duży zapas poświęceń dla innych, które mogłam wykorzystać w razie potrzeby i wpędzać tych innych w poczucie winy wobec mnie! Nawet więc nie prosiłam  o pomoc przy naprawianiu kranu, o sprzątaniu to w ogóle. Wystarczała mi zimna satysfakcja, że nikt mi nie pomaga, a ja się poświęcam. Z lubością opowiadałam, na czym polega pomoc męża żonie w sprzątaniu: podniesie nogi, żebyś mogła pozamiatać.

Jak się dobrze zastanowię, to miałam z takiej postawy sporo korzyści, chociaż oczywiście też przysparzała mi mnóstwo cierpień. Jednak to te korzyści powodowały, że nie chciałam myśleć o sobie. Wcale nie byłam taką altruistką. Miałam wrażenie, że jestem niezastąpiona, bohaterska, dzielna i że się należycie poświęcam dla dobra rodziny, firmy, że beze mnie sobie nie poradzą. To budujące wrażenia, jak by nie spojrzeć.

Dlaczego wolałam mieć te korzyści mimo że wiązały się z cierpieniem?

Myślę, że pierwszy powód to ta nasza altruistyczna kultura. Wiadomo, żeby żyć w społeczeństwie, jednostka musi się podporządkować dobru ogółu, a więc społeczeństwo przymusza jednostkę do rezygnacji z zaspokajania niektórych swoich potrzeb i do dbania o innych bardziej niż o siebie. Obawa przed postępowaniem niezgodnym z wolą społeczeństwa jest nam co poniektórym mocno wpajana.

Po drugie to rola kobiety w naszej kulturze. Chyba nie trzeba wyjaśnień. Kultura po raz drugi.

Po trzecie to… nie miałam lepszego pomysłu, co robić. Tak mi wychodziło. To było najlepsze, co potrafiłam zrobić, żeby nie czuć się nieustannie nieszczęśliwa. A ponieważ jedną z korzyści było to, że nie miałam czasu, żeby się zastanawiać, więc tym bardziej na ten lepszy pomysł nie wpadałam.

W sumie, z takich czy innych powodów o wiele łatwiej mi przychodziło myśleć o innych, niż o sobie. Stałam się od nich zależna, tworząc sobie w miejsce prawdziwych uczuć zastępcze satysfakcje, które ani o krok nie przybliżały mnie do szczęścia, wręcz przeciwnie – mnożyły cierpienie. To też jest, moim zdaniem, jedno z oblicz współuzależnienia: nieczucie i zanik własnych potrzeb, życie wyłącznie w imię czyjegoś dobra.

Paradoksalnie, nie myśląc o sobie człowiek zachowuje się o wiele bardziej egoistycznie, niż kiedy dba o siebie i swoje potrzeby. Przekonałam się o tym potem nieraz. Przecież, gdy jestem szczęśliwa, mam ochotę dzielić się tym z innymi, całkiem szczerze, a nie po to, żeby coś komuś udowodnić, zwrócić uwagę na siebie i na to, że jestem taka biedna (a taka dobra, ech…)

Zapraszam do komentowania.

Tagi: , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: