Kowal własnego losu?


Oj, jak mnie to powiedzonko kiedyś irytowało.
Przez długi czas nie znaczyło dla mnie nic, było takim głupim gadaniem.
Każdy jest kowalem swojego losu.
Życie wymyka się spod kontroli, przynosi różne niezaplanowane niespodzianki, a to, czego by się chciało – nieraz wcale nie przychodzi. Można się miotać, szarpać, aż coś w środku płacze, ale odsuwa się to coś, żeby nie przeszkadzało. Albo, kiedy indziej, nie ma się pomysłu na to, co by się niby z tego swojego życia chciało wykuć.

kowal

kowal


Kowalem jest podobno każdy. A może nie każdy, tylko wybrańcy? Naprawdę czasem trudno poczuć, że ma się życie w swoich rękach. Gdzieś sobie ono płynie, a my wraz z nim, tacy mali, bezwolni. A może nikt nie jest kowalem swojego losu, może życie płynie jakoś tam, a my wraz z nim na jego falach, a jedyne co można zrobić to się dostosować do tego, co jest? Reagować na rzeczywistość i do tego się ograniczyć? Istnieją systemy filozoficzne, które taką postawę proponują.

Któregoś roku moją fascynację wzbudziła książka o manipulacji, bezwolności i czekaniu, „Mag” Johna Fowlesa. Jest to historia młodego Anglika, który jako nauczyciel angielskiego trafia na dość pustawą grecką wyspę Praxos, gdzie trafia w łapy miejscowego bogacza, dziwaka, odludka, nieco perwersyjnego erotomana, zmysłowego artysty i czarodzieja, który wprowadza go w świat, w którym nic nie jest takie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Rzeczywistość okazuje się grą, potem gra okazuje się inną grą w co innego, bohater ciągle daje się nabrać i nigdy prawda nie jest ostatecznie prawdziwa.
Po tej lekturze zrozumiałam, że manipulacja to coś, czego bardzo nie lubię, nie lubię czuć się zabawką w czyichś rękach, nawet jeśli zabawa taka jest wciągająca i ze względów zmysłowych lub intelektualnych kusząca.
No a kowal? W takim razie – myślałam – może wolę wziąć sprawy w swoje ręce i sama sterować swoim losem? Też mi to nie odpowiadało. Organizowanie sobie życia bez czyichś wskazówek było dla mnie nie tyle może niemożliwe, bo pewnie dałabym radę, ale jakieś takie nieciekawe. Jakby nie miało dać spełnienia. A to oznaczało, że muszę uwiesić się na kimś innym, oddać młotek do mojego życia w czyjeś inne ręce, i niech ten ktoś będzie już kowalem mojego szczęścia.
Dodam jeszcze, że im gorliwiej oddawałam narzędzia kowalskie innym ludziom, tym bardziej oduczałam się rzemiosła i miałam coraz mniej wyćwiczone kowalskie muskuły (proszę sprawdźcie na zdjęciu jakie być powinny). I spirala współuzależnienia kręciła się pięknie.
Myślę, że dla tych innych zajmowanie się moim losem musiało być paskudnym obciążeniem (o ile rzeczywiście chcieli się tym zajmować),
inni po prostu zajmowali się sobą, a nie mną, gdyż każdy jest w końcu przede wszystkim odpowiedzialny za siebie i na szczęście wiele osób to czuje instynktownie. Jeszcze inni tę moją skłonność wykorzystywali. Współuzależnienie klasyczne.

Ostatecznie oczy otworzyły mi trzy lektury.

Pierwsza, Scott M. Peck, „Drogą mniej uczęszczaną” (znaną też pod tytułem „Droga rzadziej wędrowana”). Było tam między innymi powiedziane, że człowiek jest w pełni odpowiedzialny za to co robi i co mu się przydarza. Że dyscyplina jest sposobem dążenia do wolności. Że rodzice popełniają błędy, przez które ich dzieci cierpią w dorosłym życiu. Że nie ma drogi na skróty. Że życie i wszystko co dobre z nim związane jest łaską.
Wszystkie te tezy były dla mnie jak młotem kowalskim w czoło. Nawet nie skończyłam tej lektury. Odłożyłam książkę zła i zbuntowana.

Potem minęły dwa trudne lata, zdarzeń, poszukiwań, terapii, lektur, różnie bywało. Natrafiłam na drugą ze wspomnianych lektur, Beaty Pawlikowskiej „W dżungli życia”. Urocza książka, naprawdę taki opis testu na życie na własnej skórze. Zapamiętałam z niej parę rzeczy. Podstawowa, to taka, że „bądź dyrektorem swojego życia”. Ponieważ innych mamy w zwyczaju słuchać się bardziej, niż siebie, można wyobrazić sobie siebie samą jako dyrektora, przed którym mamy się rozliczyć. I wtedy się wreszcie siebie posłuchamy. Inna, to taka, że można się wsłuchać w siebie i zadać sobie pytania „Co jest dla mnie najważniejsze”. „Czego ja w życiu chcę”. „Czego, gdyby mi powiedziano, że nigdy w życiu nie będę mogła już tego robić, naprawdę nie mogłabym sobie darować?” I że te pytania warto zadawać sobie tak długo, aż się znajdzie na nie odpowiedź. Codziennie. Te Ważne Pytania.

Trzecia lektura, to uwaga uwaga… Scott M. Peck „Drogą mniej uczęszczaną”…
po raz kolejny.
Zaczęłam czytać. Książka na początku znów mnie zirytowała. Potem się wciągnęłam. Potem ze zdziwieniem zauważyłam, że facet opisuje moje poglądy.

Tak, chcę być kowalem swojego losu! Przyjmuję na siebie odpowiedzialność za to, co robię. Liczę się z konsekwencjami swoich działań. Umiem przyznać się do błędu, jeśli uznam, że go popełniłam.
Co więcej – inni odpowiadają za to, co oni robią! Niech sami ponoszą tego konsekwencje. I mi nie będzie głupio ani wstyd z powodu tego, co robi czy mówi ktoś inny. To jego odpowiedzialność. Każdy może mieć swoje zdanie, a ja go nie muszę podzielać jeśli nie podzielam, nawet jeśli dotyczy mojej osoby.

Bycie kowalem własnego losu jest trudne, bardzo nawet, ale daje poczucie prawdziwości. Uczę się obecnie tego „rzemiosła” i póki co nie żałuję. Coraz lepiej czuję, że żyję.

Z kowalskim pozdrowieniem,
Justyna

Tagi: , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: