4 czerwca 1989


Oczywiście o rocznicy tej w dużo się mówi, różnie się ocenia to święto, jego bohaterów i antybohaterów, jego zasadność, znaczenie tego, co się wówczas wydarzyło i tak dalej.

Ja się w politykę w tym miejscu angażować nie zamierzam, chcę natomiast podzielić się refleksjami, które się we mnie przy tej okazji obudziły.

Po pierwsze, czuję się szczęśliwa, że przyszło mi żyć w czasach wolności, zwłaszcza że biorąc pod uwagę okoliczną geografię i historię, wcale nie musiało się tak stać. Jestem wdzięczna światu za to, że właśnie w takim momencie mnie tu postawił.

Po drugie, chcę uczcić to, że tak się czuję. Lubię celebrować sukcesy i wszystkie te sytuacje, gdy czuję wdzięczność. Gdy coś dobrego zostało zrobione. Gdy sobie o tym przypominam. Czuję, że żyję i to jest dla mnie ważne. Dlaczego mam rezygnować z czegoś tak przyjemnego?

Po trzecie cieszę się, że inni się cieszą. Że mogę radość przeżywać w większym gronie. Że więcej osób również czuje podobnie, jak ja. To daje wielką energię. Nawet jeśli krótko trwa, działa później jeszcze długo.

Niedawno czytałam jakieś opracowanie, czy ankietę, na temat znaczenia suwerenności kraju, w którym się żyje, jako wartości. Mało kto dziś nad tym w ogóle się zastanawia, a tymczasem dla wielu wcześniejszych pokoleń Polaków zagrożenie bezpieczeństwa narodowego był stałym problemem. Nieswojo się poczułam, gdy próbowałam sobie ustawić na mojej własnej skali wartości tę właśnie, choć wolność (i różne jej aspekty) zawsze wśród moich wartości zajmuje jedno z pierwszych miejsc. Też nieraz zapominam o tym, jak ważna jest możliwość bycia u siebie, mówienia, robienia, życia po swojemu i dokonywania własnych wyborów. Nieraz biorę to za oczywistość. Cieszę się, że zdarzają się okazje, które mi o tym przypominają. Cieszę się, że nie muszę częściej o tym myśleć.

Żyję sobie w tym kraju, o którym można powiedzieć wiele dobrego i wiele złego. Na pewno jest inny od innych, trochę dziwny, trochę fajny. Na pewno wielu ludzi koszmarnie na niego narzeka, inni go wychwalają nadmiernie za rzeczy, które mi się wcale nie podobają aż tak… i wielu się go wstydzi.

Trochę mi się mój stosunek do kraju, w którym mieszkam i to, na ile go akceptuję z jego innością, ułomnościami i różnymi mankamentami, kojarzy z akceptacją własnej osoby. Im bardziej akceptuję te różne dziwactwa, tym łatwiej przychodzi mi zmieniać to, co mi we mnie samej przeszkadza. Dlatego, że o siebie dbam, a nie dlatego, że tego czy tamtego w sobie nie cierpię. Wprawdzie kraj to rzecz zewnętrzna i zależna nie tylko ode mnie, ale jednak widzę tu jakieś powiązanie. Może mam potrzebę dokonania takiej analogii i przyjrzenia się sobie poprzez pryzmat moich myśli na temat kraju, na który przecież, przynajmniej od 1989 r. mogę mieć wpływ. Mogę być kowalem swojego losu.

Bo tak sobie myślę, że odkąd są wolne wybory i obywatele mają swobodę działania, mam możliwość wpływania na to, co się w tym kraju dzieje. Jeżeli z tej możliwości nie korzystam, moja sprawa i poniekąd moja zasługa, że nic się nie zmieniło. Jeżeli dobrowolnie rezygnuję z udziału w wyborach, nie interesuje mnie co sobą reprezentują kandydaci, a potem nie podoba mi się to, co się dzieje, w zasadzie mogę sobie ponarzekać tylko na siebie.

Przypomnę sobie o tym w niedzielę 7 czerwca, gdy pójdę zagłosować w wyborach europejskich. Lubię mieć wpływ, jeśli tylko mam okazję.

Pozdrawiam Was serdecznie i zachęcam do komentowania,
Justyna

Tagi: , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: