Akceptacja siebie


Dużo się mówi o samoakceptacji. Mówią, powinno się akceptować siebie. Albo, jeśli chcesz być szczęśliwa, powinnaś siebie akceptować.

Nieraz się nad tym zastanawiałam. Co i raz o tym czytam, rozmawiam z ludźmi i słucham ciekawych audycji w radiu.

Takich jak audycja czwartkowa w Radio Podlasie

Albo niedzielne wieczorne rozmowy Krzysztofa.

Kiedyś, gdy nie umiałam siebie za bardzo akceptować, a raczej, po prostu siebie dość mocno nie lubiłam, wyobrażałam sobie, że gdy się człowiek sam w stu procentach akceptuje, jak to mówią „mimo wad, itd”, to na przykład jest w stanie akceptować to, że się nie myje, klnie, kłamie albo podkłada innym świnie kiedy się da. Że sobie na wszystko pozwala i nie ma sobie za złe niczego.

Teraz wydaje mi się, że to było mocno naiwne pojęcie samoakceptacji i chyba nic dziwnego, że trochę mnie ta koncepcja odrzucała. Bo jak można z jednej strony chcieć być dobrym, prawym człowiekiem, a z drugiej nie umieć na siebie spojrzeć choć trochę krytycznie, gdy się z ową prawością rozmijam.

Poza tym, samoakceptacji nie da się sobie wmusić na siłę. Tak się spiąć, wmówić sobie (na drodze hipnozy, afirmacji, czy czego tam) i już się akceptować. Bardzo by było miłe, gdyby tak się dało, ale niestety na dłuższą metę coś takiego raczej rzadko działa. Na krótszą owszem. Bo taka jest natura dróg na skróty – na krótką metę działaj, na długą gorzej. Scott M. Peck –  a ja za nim chętnie powtarzam –  przestrzega przed chodzeniem drogami na skróty.

W nauce, owszem – wzory matematyczne temu wszak służą i bardzo są pomocne. Albo w biznesie – też nieraz warto sobie życie uprościć. Jednak w relacjach międzyludzkich, w tym w tej najważniejszej, człowieka samego ze sobą, skróty nie są najszczęśliwszym rozwiązaniem.

A więc wymuszona akceptacja jest dla mnie jakaś taka plastikowa i szybko pęka. A co więcej, obraz samoakceptacji graniczącej z narcyzmem też nie zachęca szczególnie. Osoby nadmiernie zadufane w sobie podobno wcale niekoniecznie siebie akceptują, znacznie częściej maskują w ten sposób swój brak pewności, albo zadawnione wstydy.

Czym zatem jest samoakceptacja, taka, która daje szczęście, spokój i pewność? Szukałam długo odpowiedzi, przyglądałam się różnym koncepcjom i oto, co znalazłam.

Po pierwsze: u Nathaniela Brandena:

Akceptacja siebie jest odmową bycia swoim wrogiem.

Po drugie: u Krzysztofa (to tylko moja parafraza tego, co mówi):

Świata nie obchodzi, co się z Tobą stanie, Ciebie – tak.

A więc, samoakceptacja jak wiele rzeczy, jest sprawą osobistego wyboru. Paradoksalnie, gdyż jeśli nie czujemy samoakceptacji, to może nam się zdawać, że tacy już jesteśmy i nic na to nie poradzimy. To nieprawda. Najprawdopodobniej da się na to poradzić, tylko wymaga to dużej pracy.

Od czego zacząć? Tak samo jak wtedy, gdy zaczynamy bardziej lubić kogoś innego –

a) od poznania tej osoby, czyli siebie

b) od szczerości z nią, jak największej

c) wielu ludzi lubi innych, gdy ci inni mogą się im jakoś przysłużyć. Więc zauważ, że nikt nie może pomóc Ci lepiej, niż Ty sam(a) sobie. Nikomu na Tobie nie musi zależeć tak bardzo, jak Tobie. Jesteś w stanie tę osobę (siebie) zmotywować do robienia dla Ciebie samych dobrych rzeczy i bycia Twoim najlepszym, najwierniejszym przyjacielem.

Zapraszam do komentowania🙂
możecie też pytać i zgłaszać tematy do dalszych moich rozważań
🙂
JustynaMówia

Tagi: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: