Rozmowa – jak nie dać się ponieść nerwom


Gustav Vigeland - Para. Foto: Krzysztof Rozmus

Gustav Vigeland - Para. Foto: Krzysztof Rozmus

Oczywiście nie jest to proste i trzeba ćwiczyć, żeby się tego nauczyć.
Dość często osoby współuzależnione przyzwyczajone są do tego, że mają nic nie mówić. Słuchać się. Hamować emocje. Więc starają się słuchać, a podskórnie rośnie w nich złość. Długo więc nie mówią nic, a potem jak wybuchną, to końca nie widać. Zrzędzą, awanturują się, obrażają. Sprawiedliwie lub niesprawiedliwie. Słyszałam kiedyś określenie takiego zachowania jako „typ bierno-agresywny”, co mi się bardzo nie podobało, ale z drugiej strony dawało do myślenia.

Ja za bardzo za typologiami nie przepadam, uważam że każdy jest trochę inny, ale ta bierność w połączeniu z agresywnością mocno wówczas zastanowiła.

Agresywne zachowanie to coś, czego chcemy uniknąć.
Właściwie – czego musimy uniknąć. Tylko jak, skoro zbierają się w nas negatywne, złe uczucia, nasz balonik pęcznieje i w końcu albo wybucha na zewnątrz (na innych), albo wybuchnie do środka i zrobi krzywdę nam samym?

Nie zgadzam się do końca ze zwolennikami teorii balonika – że uczucia to jest coś, co wzbiera i czemu trzeba dać upust, żeby nie wybuchło na nas samych. Owszem, uczucia są w porządku i coś z nimi należy zrobić, jednak wyrażanie ich w postaci agresji skierowanej przeciwko innym jest najgorszym możliwym wyjściem spośród wielu dostępnych.

W mojej historii spotkałam się z ludźmi, którzy awanturowali się swobodnie, a potem tłumaczyli się, lub byli tłumaczeni, że „musieli się wykrzyczeć, bo się wkurzyli, że tak naprawdę to nic złego nie mieli na myśli”. Uważam że przynajmniej powinni porządnie przeprosić oraz zadośćuczynić to, co narobili.

Moim zdaniem takiego przymusu wywrzaskiwania swoich racji czy problemów nie ma. Jak słusznie ujął to Leszek Kołakowski „„Jesteśmy naprawdę sprawcami czynów, które spełniamy, nie zaś tylko narzędziami różnych sił, jakie się w świecie ścierają…”.

Za jedną z takich sił niektórzy uznają napęczniały od złości „balonik”. Moim zdaniem, możemy sobie z owym „balonikiem” radzić w dość skuteczny sposób, choć wymaga to trochę ćwiczenia i dużo dobrej woli.

Od czego zacząć?
Dość skuteczne bywa zapoznanie się z komunikatami, które utrudniają porozumienie, przyuważenie ich w swoich rozmowach i konsekwentna rezygnacja z ich stosowania. To dobry sposób, choć dopóki nie wejdzie w krew raczej wychodzi w rozmowach, które odbywają się w spokojnych warunkach, bez stresu. Najlepiej ćwiczy się je w grupie terapeutycznej lub innej grupie wspierającej zdrowienie. W momencie, gdy w naszej praktyce dochodzimy do momentu, gdy stosujemy właściwy, nie raniący styl komunikacji także pod wpływem silnego stresu, wtedy możemy sobie pogratulować osiągniętego mistrzostwa.

Moim zdaniem, jeszcze lepszym sposobem na początek jest poradzenie sobie z „balonikiem” w taki sposób, że nie dopuszczamy do jego rozrostu. To znaczy, zbierające się w nim uczucia rozładowujemy w sposób POKOJOWY, JAK NAJSZYBCIEJ, zanim skłonią nas do niekontrolowanego wybuchu. Wiem, że to jest trudne i że mało kto ma taki zwyczaj. Wiele(u) z nas woli nie przyznać się, że coś jest nie tak. I to jest właśnie, moim skromnym zdaniem, błąd. O wiele łatwiej daje się rozwiązać ten sam sporny problem, gdy się o nim powie od razu gdy się pojawia, w spokojny sposób i z uśmiechem. Czasem wystarczy wyrazić swoje uczucia. Nazwać je na głos. Macie już, jak się domyślam, niejaką praktykę w rozpoznawaniu uczuć, a jeśli nie to zachęcam do pobrania mojej listy uczuć i poćwiczenia. Nieraz wystarczy na głos wyjaśnić innym, co się w danym momencie czuje. W celach informacyjnych. To bardzo oczyszcza atmosferę i jest dobrym punktem wyjścia do dalszego doskonalenia swoich umiejętności osobistych.

Pamiętam, że kiedyś powiedzenie na głos, że jest mi smutno i źle oznaczało, że „teraz będziemy się nawzajem nakręcać i będzie już całkiem do niczego.” A więc milczałam, albo udawałam że wszystko jest w porządku, a mój „balonik” rósł i atmosfera stawała się nieznośna. Bo ten balonik widać, nawet jeśli ze wszystkich sił staramy się go ukryć. Teraz wiem, że jeśli powiem zawczasu, co mi leży na wątrobie, to mam szansę powiedzieć to spokojnie i sympatycznie, a potem zająć się znalezieniem jakiegoś konkretnego rozwiązania na to, żeby przestało być smutno.

Wypróbowałam na sobie – u mnie to działa. W wielu, bardzo wielu sytuacjach. W ogóle mówienie o sobie – o tym że ma się jakiś problem – zanim balonik urośnie – ułatwia prawdziwe uporanie się z nim, spowodowanie, że zniknie na dobre, a nie tylko na chwilę, zalepione sztucznym uśmiechem, czy przykryte warstwą milczenia.

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do spróbowania.
A jeśli nie – to chociaż do zgłaszania komentarzy protestacyjnych!

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie,
Justyna

Tagi: , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: